Informacje
Oceń trasę
Średnia: 5 Liczba ocen: 2
Opis trasy
Tunarica, Płw. Istria, Chorwacja. Budzę się, spoglądam na zegarek: 6:00 rano. Syn i żona jeszcze pochrapują. Niepostrzeżenie wydostaję się z namiotu. Zjadam kubek musli z mlekiem, przebieram się i ruszam. Startuję od poziomu morza i praktycznie cały czas mam pod górę. Na szczęście o tej porze dnia powietrze jest w miarę rześkie, a słońce jeszcze nie doskwiera. Wznoszę się asfaltowymi serpentynami do wioski Brovinje i dalej do Skitača, która jest już wysoko, bo ok. 400 mnpm. Z tej wysokości widoki na morze i wyspy są wręcz powalające. Na pierwszym planie majestatyczny stożek Osorsčicy, która jest najwyższą górą wyspy Lošinj. Świetnie widać wyspę Cres, a daleko za nią wysoki masyw Velebitu. Jadę dalej i będę jeszcze wyżej. Za Skitači zaczyna się prawdziwa jazda – asfalt zamienia się w szuter. Po czasie i on zanika, ustępując miejsca wąskim, kamienistym ścieżkom. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Za jakiś czas docieram do czegoś w rodzaju płaskowyżu, gdzie o dziwo pojawiają się drzewa i pozostałości zabudowań. Jakiś krzyż zakopany w ziemi… Widać, że przyroda żarłocznie pochłania, to co kiedyś człowiek jej wydarł. Chyba zabłądziłem. Towarzyszył mi do tej pory czerwony szlak ( zresztą wszystkie są czerwone), lecz od jakiegoś czasu go nie zauważam. Skała i kamienie, po których jadę, są niemiłosiernie porowate - w dotyku przypominają pumeks lub papier ścierny. Wyobrażam sobie, czym kończy się upadek…Dlatego uwaga zostaje zdwojona. Woda w camelbaku powoli się kończy, słońce zaczyna już przygrzewać, czas więc myśleć o zjeździe w dół. Po dalszych 30 minutach pojawia się namalowany na kamieniu szlak. Wyciągam mapę i staram się określić swe położenie. Po prawej mam najwyższy szczyt masywu: Goli (523 mnpm), ale na dzisiaj już odpuszczam…W końcu docieram na skraj góry Bobrine (449 mnpm), skąd z wysokości widzę morze, a także drugi brzeg Płw. Istria z majaczącym w oddali miastem Pula. Odnajduję szutrową drogę, która wg mapy doprowadzi mnie na dół. Po pewnym czasie porzucam ją na rzecz stromego, kamienistego single-tracka, który przeciska się przez krzewy. Jadę na czuja. Ścieżka jest tak wąska, że kierownicą ocieram o krzewy. Rękoma niestety też. Nachylenie jest olbrzymie, muszę przesuwać ciężar ciała jak najbardziej w tył, by nie przelecieć przez kierownicę. Na powrót jest już za późno. Zresztą ścieżka jest za wąska, by prowadzić nią rower. Pod stromą górę, po osuwających się kamieniach i w piekącym już nieźle słoneczku? Nie. Idę ( a właściwie jadę) w zaparte. Na dół, na dół i w dół. Gdy w końcu wydostaję się ze stromych zarośli, nie mogę uwierzyć – wyjeżdżam dokładnie w wiosce Brovinje, skąd do campingu mam już tylko 4 km zjazdu asfaltem. Dalsza droga trwa sekundy ( tak mi się przynajmniej zdaje). Gdy podjeżdżam do namiotu, jest dokładnie 9:00 rano, a moja rodzinka zabiera się właśnie do śniadania, co właściwie bardzo mnie cieszy:))
A po posiłku – plaża, nurkowanie, nurkowanie, plaża…
I tak właściwie codziennie, aż do powrotu do Polski. Oczywiście zawsze inną trasą…